środa, 4 lipca 2018

Kazimierz Dolny czy Wietrzna Góra ?

Siedzę nad tym wpisem juz drugi dzień. Generalnie merytorycznie wszystko mam już przygotowane, posegregowane i ogarnięte, ale dalej nie wiem jak "ugryźć" ten zamek. Jakoś nie składa mi się on w całość. Sama nie wiem dlaczego. Może w takim razie zacznę od początku ;)
Zamek odwiedziłam jesienią 2016 roku. Dzień był piękny i słoneczny (pamiętam dokładnie bo wcześniej byliśmy na spacerze w Nałęczowie), a w momencie kiedy dotarliśmy do zamku pogoda się zmieniła, na pogodne niebo nadciągnęły chmury i tak już zostało do końca dnia :/ A szkoda, bo miałam nadzieję na przepiękne zdjęcia.
Kiedy i po co powstał zamek w Kazimierzu? To pytania na które w zasadzie ciężko odpowiedzieć. Albo inaczej. Odpowiedź na nie zajmuje dłuższą chwilę ;) Już wyjaśniam dlaczego. Zamek składa sie z dwóch części . Zamku górnego i zamku dolnego. Na początku był stołp, czyli typowa dla tego okresu wieża ostatecznej obrony, nie mająca funkcji mieszkalnych . On sam stanowi zamek górny. Stołp wzniesiony na wysokości przeprawy przez Wisłę, tzw. Przewozu Woyszyńskiego. Wieża ta mieści się na szczycie wzniesienia, około 180 metrów od zamku dolnego (czyli tego właściwego, który wszyscy uważają za zamek)  i 19 metrów nad jego poziomem.  Reszta tego założenia była drewniano ziemna. Niestety do dnia dzisiejszego nie pozostały po nim widoczne ślady. Fundatorem  zamku górnego był Władysław Łokietek. Nie ma zgodności co do przeznaczenia tego założenia. Przypisuje mu się rolę więzienia, latarni rzecznej, siedziby straży celnej, a nawet skarbca.
Jak widać więc "rozrzut" jest dość duży ;) Najprawdopodobniej rola budowli polegała na strzeżeniu przeprawy „woyszyńskiej” ,na Wiśle oraz na poborze ceł. Po wybudowaniu pobliskiego zamku (czyli naszego zamku dolnego), wieża raczej utraciła  swoją obronną rolę. Stożkowy  dach został usunięty i była wykorzystywana  jako śródlądowa latarnia „morska” . Dzięki palonemu na jej szczycie ognisku ułatwiała nocną nawigację po Wiśle.
Co rozpoczął ojciec, to rozbudował syn ;) Tym sposobem przechodzimy do zamku dolnego i jego fundatora Kazimierza, zwanego Wielkim. Wbrew temu co wiele osób myśli nazwa miejscowości w której znajduje się zamek nie wzięła się od imienia jego fundatora. W czasie budowy zamku Kazimierz był juz Kazimierzem, za sprawą Księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który podarował owe ziemie siostrom norbertankom. To one zmieniły nazwę miasteczka, które uprzednio nazywało się Wietrzna Góra.
Zamek dolny (ten właściwy),  podobnie jak ten znajdujący się powyżej, zbudowany został z ogólnodostępnego w okolicy wapienia. Początkowo miał on kształt zbliżony do owalu, który był otoczony grubymi na dwa metry murami obwodowymi z blankami. Na wewnętrznym dziedzińcu prawdopodobnie znajdowały się drewniane zabudowania. Zamek w Kazimierzu miał  głównie zapewniać sprawne funkcjonowanie państwa. Pełnił funkcje administracyjne (Kazimierz był ważnym miastem portowym).  A nie, jak przyjmuje się w starszej literaturze , nieco iluzoryczną obronę granic. Dopiero w XV wieku ród Grotów, który  zarządzał zamkiem dokonał jego rozbudowy. Dobudowane zostało min. dwukondygnacyjne skrzydło mieszkalne od strony miasta (południowej),
kwadratową ceglaną wieżę mieszkalno-obronną od strony Wisły, przylegające do niej skrzydło mieszkalne oraz suchą fosę. Ówczesny wygląd zamku opisuje inwentarz z 1509 roku.  A w 1509 roku właśnie, Zygmunt I Stary nadaje prawa do zamku rodowi Firlejów. Wtedy też, za sprawą Mikołaja Firleja ma miejsce druga przebudowa. Z jego polecenia Santi Gucci oraz Piotr Likiel przebudowali zamek nadając mu styl modnego wówczas, włoskiego renesansu. Dodano wtedy min. attykę oraz nadbudowano południowe skrzydło mieszkalne od strony miasta o jedną kondygnację. Wieża kwadratowa od strony Wisły także otrzymała attykę około 1540 roku.

W roku 1655 podczas Potopu zamek został zajęty i spalony przez wojska szwedzkie, a w 1657 roku został w znacznej części zniszczony przez siedmiogrodzkie oddziały księcia Jerzego Rakoczego. Tak, tak tego samego Rakoczego, który za sprawą żony urzędował w opisywanych przeze mnie ostatnio Besiekierach. Zamek został jednak odbudowany, a podczas odbudowy uzupełniono zabudowę od strony zachodniej oraz wystawiono schody zewnętrzne na naroże dziedzińca.
W 1663 roku w Kazimierzu Dolnym wybuchł pożar.  Pochłonął on większość miasta, w tym i zamek dolny. Plany odbudowy zamku powstają w XVIII wieku, za panowania Augusta II Mocnego. Niestety, albo i "stety", bo plany przewidywały odbudowę w formie pałacu, nie dochodzi do ich finalizacji. Zamek zostaje więc całkowicie opuszczony i popada w ruinę. W 1806 władze austriackie, ze względów bezpieczeństwa wysadziły grożącą zawaleniem się część murów wraz z attyką.
Dopiero w  latach 1958-1960 na terenie ruin przeprowadzono badania archeologiczne. Zamek zabezpieczono w formie trwałej ruiny i udostępniono dla ruchu turystycznego. Jednak prace rewitalizacyjne rozpoczęto na zamku dopiero w 2011 roku (o ich efekcie warto przekonać się samemu, ja nie jestem ich fanką ;) ). Od 2014 roku zamek ponownie udostępniony jest zwiedzającym.

Pomimo swej długiej historii zamek w Kazimierzu Dolnym "nie dorobił się" własnego ducha :) Pobliskie ruiny w Bochotnicy i w Janowcu (oba zamki zgodnie z licznymi legendami połączone są tajemnymi korytarzami z zamkiem w Kazimierzu) mają swoje "straszydła" , a ten nie. Cisza spokój wszystko jak być powinno. Ale czy na pewno? Przetrząsając internety (bo w literaturze nic nie znalazłam) natknęłam się na poniższe podanie.
Historia ta zdarzyła się w ruinach kazimierskiego zamku późnym wieczorem. Sąsiad mojej babci, z czasów, kiedy mieszkała jeszcze na ulicy Góry Pierwsze, pan Stanisław wracał jak zwykle z domu po pracy.. Babcia często rozmawiała z nim, więc dobrze wiedziała, że w drodze powrotnej lubił on sobie zajść na zamek, najczęściej po to, aby zapalić sobie papieroska i w spokoju podziwiać piękno panoramy Kazimierza. Zazwyczaj nikogo tam nie było, lecz tego wieczoru pan Stanisław zauważył w ruinach jakąś postać. Wyglądała ona trochę dziwnie, miała czarny płaszcz i kapelusz zasłaniający twarz. Trudno było rozpoznać tego człowieka w świetle księżyca. Sąsiad mojej babci poczuł się trochę nieswojo, ale opanowując lęk, podszedł do tego człowieka i rozpoczął konwersację:
- Co pan tu robi o tak późnej porze?
- Mieszkam w okolicy i przyszedłem podziwiać z ruin piękno miasteczka - odpowiedział nieznajomy. - Zapali pan?
- Bardzo chętnie - odparł pan Stanisław, któremu właśnie przypomniało się, że po to przecież tutaj przyszedł. - i wyciągnął papierosa ze złotej papierośnicy podsuniętej mu przez nieznajomego.. Wyciągnął zapałki, podszedł do barierki zabezpieczającej i zapalił.
- Nie chciałby pan czasem ognia? -zapytał, ale nagle okazało się, że dziwny towarzysz zniknął!
- Może już sobie poszedł - pomyślał spokojnie pan Stanisław i nawet się ucieszył. Wolał swojego papierosa wypalać w ruinach sam.
Ale sensacje tamtejszego wieczoru jeszcze się nie skończyły.
Po chwili babciny sąsiad poczuł odrażający niesmak w ustach. Zdziwiony splunął, szybko wykaszlał dym z płuc, zagasił na murze papierosa i niezwłocznie sprawdził zawartość owego skręta. Księżyc akurat wysunął się zza chmur i przyświecał tej operacji, tak więc łatwo można było stwierdzić, że w środku zamiast tytoniu znajduję się koński nawóz! Pan Stanisław odrzucił resztki papierosa i przestraszony wybiegł z ruin zamku. Od tamtej pory nie zachodził już po zmierzchu na zamek, a uroki Kazimierza podziwiał jedynie z rynku.

Zamek na mapie kliknij: TU
Strona www zamku kliknij: TU
Zamek na Facebooku kliknij: TU

piątek, 22 czerwca 2018

Besiekiery, tam gdzie Biała Dama pojawia się tylko czasami ;)

Zamek Besiekiery. Właściwie to ruiny tegoż zamku. Gdzieś w środku wsi, niedaleko Kutna. W tamtych okolicach pewnie większość ludzi kojarzy Oporów i Łęczycę. A to rejon, tak naprawdę dość obfity w zamki. Trzeba tylko dobrze się rozejrzeć. 
O istnieniu tych ruin dowiedziałam się zupełnie przez przypadek. Gdzieś u znajomych natknęłam się na jakiś folder opisujący powiat łęczycki, w którym leży ów zamek i krótką notatkę o nim. Zdjęcie było tak zachęcające, że wiedziałam od razu, ze kiedyś tam zawitam. Pomimo tego, ze z  zamku niewiele już zostało, to jest naprawdę baaardzo urokliwy. Warto odwiedzić to miejsce. 
Zamek w Besiekierach jest jednym z tych zamków, o których początkach wiemy stosunkowo mało. Teoretycznie mówi się, że jego fundatorem był  wojewoda łęczycki Mikołaj Sokołowski herbu Pomian. I nie było by w tym fakcie nic dziwnego, gdyby nie to, że żadne dokumenty nie potwierdzają istnienia urzędnika i tym imieniu i nazwisku.
Jednak biorąc pod uwagę fakt, że wieś znajdowała się wtedy w rękach rodu Pomianów - Sokołowskich z Wrzącej koło Konina, przedstawicieli tej właśnie linii rodowej należy łączyć  z fundacją tego obiektu.  Najpewniej z jednym ze stolników brzeskich: Mikołajem Sokołowskim (1496-1502) lub Wojciechem Sokołowskim (1502-1529). Warownię założono na kopcu otoczonym wodami sztucznego stawu. Wzniesiono ją z cegły na kamiennym fundamencie, na planie nieregularnego czworoboku o wymiarach 38 x 40 m. W południowej kurtynie znajdował się budynek bramny o bokach ok. 12 x 12 m. Posiadał on 3 kondygnacje, na każdej z nich znajdowały się 4 izby. Około 1653 r. nadbudowano na nim ośmiokątną wieżyczkę. Na północnym boku zamku powstał główny dom mieszkalny o szerokości ok. 13 m. Posiadał on 3 mniejsze prostokątne izby i kwadratową salę na wschodniej ścianie. W opisie z XVIII w. pomieszczenia te określono jako pokój
karmazynowy, pokój marmurowy, sień i izbę wielką. Z izb tych w stronę dziedzińca wychodziło 7 otworów okiennych. Tak jak nie jest pewne kto był fundatorem zamku to pewne jest natomiast, że około 1600 roku, Krzysztof Sokołowski sprzedał włości rodzinie Batorych. Tym Batorym od znanego wszystkim króla Stefana. Nie znalazłam jedynak ani jednej wzmianki o tym, żeby król gościł na zamku.  Na pewno mieszkał w nim Andrzej Batory, a po jego śmierci Zofia Batorówna z mężem Jerzym Rakoczym. W połowie XVII w. zamek przeszedł na własność Jana Szymona Szczawińskego kasztelana i wojewody brzesko-kujawskiego. Dokonał on przebudowy warowni. Pokryto wtedy ściany tynkami, co znacząco zatarło surowość i późnogotyckie charakter zamku nawodnego. To był jedyny duży remont zamku. W późniejszych czasach nie prowadzono już istotnych prac budowlanych.  W późniejszych latach zamek stopniowo  tracił na znaczeniu. W 1731 roku wybuchł w nim pożar. Przyspieszył on znacznie destrukcję obiektu.  Ostatni odnotowani w źródłach właściciele, odremontowali zamek i obniżyli budynek mieszkalny o jedną kondygnację. Działo się to w XVIII wieku za sprawą rodziny Gajewskich. W połowie XIX wieku pełnił już tylko funkcje gospodarcze. Ruiny zamku
Besiekierskiego są położone na kopcu otoczonym stawem. Do dziś zachowały się mury obwodowe do wysokości pierwszego piętra.  Najwyżej wystający w górę element to fragment wieży. Wśród ruin można również wyróżnić fragmenty budynku mieszkalnego.

Z zamkiem związane są dwie legendy . 
Pierwsza to legenda o Białej Damie. To ponoć duch córki Szczawińskich. Na stałe ów duch przebywa w pobliskiej wsi Borysławice Zamkowe (o tym zamku napisze za jakiś czas), ale podczas ważnych wydarzeń pojawia się w pobliżu ruin zamczyska w Besiekierach. Można go wtedy zobaczyć w oknie fragmentu wieży. Czym córka Szczawińskich zasłużyła sobie na los wiecznie potępionej? Według legendy nie chciała poślubić wybranego dla siebie kandydata. Za karę rodzina Szczawińskich zdecydowała się ją przewieźć do Borysławic Zamkowych. Nieszczęśliwa dziewczyna próbowała uciec przez okno, czyn ten skończył się jednak tragicznie. Odtąd zjawa snuje się w oczekiwaniu na swojego prawdziwego ukochanego.

Druga legenda to związana z zamkiem historia o diable Borucie (tak, tak tym rezydującym w Łęczycy, o tym zamku tez jeszcze napiszę). Według podania rycerz budujący warownię założył się z czartem, że dokona tego bez użycia siekiery. Udało mu się, jednak nie wiedział o podstępie diabła – chłop, który zwoził kamienie potrzebne do budowy nazywany był Siekierka. Rycerz przegrał zakład i musiał oddać Borucie swoją duszę, a także zamek. Od tego zdarzenia miała się również wziąć nazwa miejscowości – Besiekiery.

Zamek Besiekiery na mapie kliknij: TU

środa, 20 czerwca 2018

Jak zachować swoje wspomnienia ? 
Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Wszędzie tam gdzie jestem i chcę zachować to miejsce w swojej pamięci robię zdjęcia. Tylko co dalej ? Większość trzymam w zaciszu swojego serwera, ale są takie na które chcę patrzeć niemal bez przerwy ;) 
I tu z pomocą przychodzi nam Saal Digital i ich fotoobrazy.
Mówić można o nich dużo...
- szeroki wachlarz produktów
- wysoka jakość 
- mega szybka realizacja zamówienia i dostawa w idealnym stanie
- bardzo łatwy program do obsługi 

Mega polecam! 

Chcesz wiedzieć więcej kliknij TU

 

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Lesko - siedziba Kmitów

W ostatnim wpisie było o klasztorze w Zagórzu. Dziś będzie o Lesku. Zgodnie z legendą te dwa miejsca łączy jakiś tajemny tunel. Nie mam więc wyjścia, muszę opisać je jeden po drugim. W Lesku bywam w zasadzie co roku. Kocham Bieszczady, a Lesko chyba największe miasteczko ( Ustrzyki Dolne ciut dalej są ;) )w okolicy. Jeśli potrzebujemy czegoś z "cywilizacji" trzeba jechać do Leska.  Podczas naszych podróży w Bieszczady mieliśmy już okazję skorzystać z usług znajdującego się tam szpitala, sklepu ortopedycznego, komisariatu policji, warsztatu samochodowego, wypożyczalni aut, pizzerii i kilku zwykłych, większych sklepów ;) Wszystko miło, szybko sprawnie, więc jeśli ktoś ma potrzebę polecam ;) Ale nie o samym Lesku mam dziś opowiadać, a o zamku jaki się w nim znajduje. Smutne to, ale w chwili obecnej słowo "zamek", to słowo bardzo na wyrost w odniesieniu do tego obiektu. Nie, nie dlatego że jest w ruinie jaki inne okoliczne zamki (Sobień, Hoczew, Baligród), a właśnie dlatego, że ktoś go kupił i używa. Ale używa w taki sposób, że chyba lepiej już było by mu jako ruinie (to oczywiście tylko moja opinia, ale naprawdę nie podoba mi się to co się w tym zameczku dzieje).
Lesko to siedziba rodu Kmitów. Przybyli oni w Bieszczady pod koniec XIV wieku. Początkowo TU). Ponieważ stojący na szczycie góry zamek Sobień  nie miał miejsca na rozbudowę, a przy okazji został spustoszony przez Węgrów i Wołochów w 1512, Kmitowie swą siedzibę przenieśli do Leska (które z reszta sami założyli). Kmitowie ogólnie bardzo przyczynili się do kolonizacji Bieszczad. Posuwali się w górę Sanu i jego dopływów.  Juz na początku XV wieku byli właścicielami Soliny, mieli Rajskie, Trywlne i Stuposiany. W XVI wieku byli juz posiadaczami ok 60 wsi w tamtych okolicach! należały do nich Wetlina, Berehy Górne, Ustrzyki Górne i Sianki (drugi  ważny ród w tych rejonach to Balowie. O ich zamkach we wsi Hoczew i Baligrodzie będę pisać na blogu w okolicach sierpnia - bo planuje oba te miejsca odwiedzić).
obrali sobie za siedzibę Sobień (pisałam już o nim
Ale... Wracając do zamku w Lesku. Około 1491 roku został tam wzniesiony zameczek drewniany. Jednak drewniana siedziba nie była wystarczająco reprezentacyjna dla tak zacnego rodu. Budowę murowanego zamku zaczął w 1538 roku, marszałek wielki koronny Piotr Kmita Sobieński hrabia na Wiśniczu herbu Szreniawa. Tak na marginesie była to jedna z wybitniejszych postaci współczesnych mu czasów, a poza tym jednym z najbogatszych i najbardziej
wpływowych ludzi w ówczesnej Polsce. Na początku swego istnienia zamek leski przypominał bardziej dwór obronny. składał się z dwupiętrowej mieszkano - obronnej wierzy otoczonej murem .Kiedy w 1553 roku, bezpotomnie zmarł Piotr Kmita, a jego żona ponowie wyszła za mąż zamek przypadł młodszej siostrze Piotra, Katarzynie, żonie Stanisława Stadnickiego. W rękach Stadnickich zamek pozostał do pierwszej połowy XVIII wieku. To oni kilkukrotnie go przebudowywali i rozbudowywali. Pierwsza przebudowa miała miejsce już pod koniec XVI wieku, kiedy to stali się właścicielami zamku. W 1656 roku na bazie poprzedniej budowli powstał czteroskrzydłowy obiekt z czterema basztami i bastejami. Jednak Stadniccy długo się nie cieszyli nowym wyglądem zamku. Już w 1702 Szwedzi złupili i spalili zamek. Ponoć odnaleźli w nim ukryty wieli skarb. Jednak co to mogło być i na ile to wiarygodny przekaz niewiadomo. Rok 1713 przyniósł zamkowi drugą młodość. Został odbudowany. Jednak już w 1783 roku strawił go wielki pożar.  Zamek opuszczono ostatecznie 10 lat później. Tak wtedy opisywano jego stan: "dach zamku zgniły i upadły, mury częściowo porozwalane. Na drugim piętrze jedna sala rozwalona, w pozostałych pięciu pokojach sufity i podłogi zgniłe. Większość pomieszczeń bez okien, pieców i kominków". W 1799 roku właścicielem zamku stał się Xawery Krasicki. We wianie wniosła mu go żona. To on przez 38 lat odbudowywał zamek. Jednak
wtedy zamek całkowicie stracił swój pierwotny wygład. Wincenty Pol (bo on stworzył niwy projekt) nadał mu kształt rezydencji klasycystyczno - neorenesansowej w stylu włoskim. Niestety ani I ani II wojna światowa również nie oszczędziły zamku. Po I odnowił go ówczesny właściciel August Krasicki. W czasie II zamek został zdewastowany i okradziony podczas wojny przez Sowietów. Krasiccy uciekając przed nimi pozostawili bowiem całe wyposażenie. Później zamek podzielił los wielu podobnych obiektów w tamtych czasach. Była w nim szkoła, przedszkole, dom kolonijny.  W końcu pod koniec XX wieku  zamek kupiła Gliwicka Agencja Turystyczna i prowadzi w nim hotel.  Jednak potomkowie rodu Krasickich domagają się jego zwrotu. Wojewoda przyznał im rację, jednak w 2000 r. minister Balazs nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy. W 2013 roku wojewoda podkarpacki potwierdził, że obiekt nie podlegał reformie rolnej. Nie oznacza to jeszcze zwrotu majątku Krasickim, ponieważ zarządcy z GAT i gmina Lesko odwołali się od decyzji. Sprawa jest w toku...

Zamek w Lesku na mapie kliknij: TU


czwartek, 14 czerwca 2018

Klasztor Karmelitów bosych w Zagórzu

Klasztorów warownych w Polsce jest bardzo mało. Przy okazji tworzenia tego wpisu starałam się je policzyć i wyszło mi około 15. Patrząc z perspektywy bogatej historii naszego kraju, to niewiele. Do można dodać kilkanaście kościołów obronnych. To pamiątka po tym, ze w dawnych czasach instytucje te nie służyły wyłącznie do modlitwy.
Zdecydowanie najbardziej znanym obiektem warownym tego typu, jest Jasna Góra. O niej słyszał chyba każdy. Podobnie o opactwie Benedyktynów w Tyńcu. Ja natomiast chcę dziś opowiedzieć o Klasztorze Karmelitów Bosych w Zagórzu. Co prawda klasztor ten już od dawna nie funkcjonuje, a do tego jest w stanie ruiny, jednak będąc w okolicy Sanoka naprawdę warto się tam wybrać.
Coś miłego dla oka znajdą zarówno miłośnicy architektury warownej i sakralnej jak i  miłośnicy gór i pięknych widoków.  Klasztor znajduje się na wzgórzu Mariemont (345 m n.p.m.) w zakolu rzeki Osławy, w paśmie górskim Podgórza Bukowskiego. Wejść na wzgórze jest dość łatwo. Nam spokojnie udało się z rocznym dzieckiem (byliśmy bez wózka, ale i z wózkiem spokojnie można wjechać). Do klasztoru prowadzi  prosta ścieżka, której pokonanie nie zajmie nam więcej niż kilkanaście minut. Dodatkowo w 2012 otwarto położoną wzdłuż ścieżki do ruin klasztoru "Drogę Krzyżowa Nowego Życia", kolejne stacje drogi krzyżowej wykonali znani lokalnie, bieszczadzcy artyści.  Samą górę Mariemont cechuje specyficzny, ciepły mikroklimat. Występuje tu wiele drzew i krzewów ciepłolubnych, m.in brzost, grab, paklon, tarnina oraz - sztucznie tu wprowadzona - morwa.
Znaczne nasłonecznienie wzgórza sprzyja bytowaniu bardzo tu licznych węży: zaskrońców oraz żmij. Ze wzgórza doskonały punkt widokowy na Zagórz, Góry Słonne oraz wschodnią cześć Beskidu Niskiego.
Jako ciekawostkę można wspomnieć, że według francuskiego kartografa Guillaume Le Vasseur de Beauplana pracującego dla króla Polski Władysława IV Wazy, przed 1651 rokiem widoczne były na zagórskim wzgórzu ślady ruin dawnego zamku. Jest to jednak jedyny przekaz historyczny potwierdzający istnienie wspomnianej budowli. Nie prowadzone były również badania mające na celu potwierdzenie tych zapisów.
Ale wracając do samego klasztoru...
Fundatorem zagórskiego karmelu był wojewoda wołyński Jan Adam Stadnicki. Prace przy budowie klasztoru trwały równo 30 lat. Kamień węgielny pod budowę położono 7 sierpnia 1700 roku, w 1714 wprowadzili się doń zakonnicy, budowę ukończono w 1730 roku. W skład zespołu klasztornego wchodziły: kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP, klasztor oraz zabudowania gospodarcze. Karmel otaczały wysokie na pięć metrów mury obronne. Reprezentacyjna brama wjazdowa i podjazd znajdowały się od strony północnej. Od strony wschodniej, tuż za murami, znajdował się szpital-przytułek dla weteranów wojennych pochodzenia szlacheckiego. Obowiązek opieki nad 12 żołnierzami-inwalidami był wolą wojewody dodaną do aktu fundacyjnego w 1713 roku. Listę pensjonariuszy miał przedstawiać dziedzic Leska. Pierwszymi mieszkańcami szpitala byli weterani odsieczy wiedeńskiej z 1683 roku. Okres świetności klasztory nie trwał długo. Tak naprawdę
zakończył sie już w 1772 roku. Wtedy to podczas oblężenia przez wojska rosyjskie, budynki klasztorne zostały ostrzelane z armat, duża ich część uległa wtedy spaleniu. Obrona klasztoru w Zagórzu była ostatnią bitwą konfederacji barskiej.  Po tych zniszczeniach karmelici częściowo odbudowali  zniszczone budynki. Jednak władze austriackie (część  zaboru austriackiego) zdecydowanie nie sprzyjały odbudowie. Po 50 latach od tych wydarzeń, wybuchł kolejny pożar. Według oficjalnej wersji policji austriackiej 26 listopada 1822 roku o godzinie drugiej po południu podczas sprzeczki przeora z jednym z zakonników doszło do pożaru, który strawił zabudowania karmelu. Jednak według innej wersji  było to celowe podpalenie z inicjatywy władz zaborczych. W roku 1831 rząd austriacki w końcu zniósł klasztor w Zagórzu. Karmelici zostali
przeniesieni do Przeworska oraz Lwowa. Ocalałe z pożaru wyposażenie kościoła - w tym znacznych rozmiarów obrazy - umieszczono w kościele parafialnym w Zagórzu. I tak to przez ponad 100 lat opuszczony klasztor niszczał.
Kolejna idea odbudowy, to już czasy nam współczesne, czyli 1956 rok. Urządzono ponowny pogrzeb zakonników zmarłych w XVIII i XIX stuleciu ponieważ podziemne krypty zostały splądrowane przez poszukiwaczy skarbów. Aby w przyszłości uniemożliwić dostęp do rozległych podziemi, zamurowano je. Zakonnicy odgruzowali studnię i otoczenia kościoła; posegregowano gruz oraz kamień budowlany; zorganizowano warsztat stolarski. W dalszej kolejności oczyszczono z roślinności mury i nakryto dachem dawną kordegardę. Pomimo ofiarności mieszkańców wciąż brakowało pieniędzy na odbudowę. Ojciec Jan Prus zdecydował się kwestować w USA i Kanadzie. Po powrocie do Zagórza niespodziewanie jednak zachorował i zmarł. Po jego zgonie Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Rzeszowie uchyliło zezwolenie na odbudowę obiektu, a karmelitów w asyście milicjantów eksmitowano z zabudowań klasztoru.  kolejne prace ruszyły dopiero w 2000 roku, po przejęciu ruin przez gminę Zagórz.  Oczyszczono wtedy mury kościoła i
klasztoru z drzew i krzewów. Płożone zostało prowizoryczne nakrycie na szczytach murów, uporządkowano teren wokoło. Ponownie ustawiono na kamiennym postumencie przed kościołem figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Udało się też odbudować dwie, częściowo zrujnowane baszty; nie ukończono jednak górnych, najbardziej efektownych, części wież, tzw. oktagonów. Wkrótce z powodu braku pieniędzy oraz utraty zainteresowania wśród lokalnych decydentów prace przerwano. Zagórski karmel ponownie popadł w ruinę.
Teren ten moim zdaniem ma olbrzymi potencjał. Można stworzyć tu niesamowita atrakcję turystyczną. Szkoda, że nie ma nikogo, kto o niego właściwie zadba.

Klasztor na mapie kliknij TU